zdrowycavalier@gmail.com

Tusi

Created with Sketch.

Tusi – historia Wojownika

Cała nasz historia zaczęła się 3 lata temu (2016 r.), kiedy to zanim trafiliśmy do kardiologa, który zdiagnozował zaawansowaną niewydolność serca, biegaliśmy od weterynarza do weterynarza w nadziei, że któryś z nich pomoże naszemu 7- latkowi, który do tego czasu nie miał żadnych problemów ze zdrowiem.

Zaczęło się od ataku przypominającego atak padaczki- pies stawał się sztywny, utykał na jednej łapce, do momentu kiedy się nie przewrócił. Każdy atak trwał ok. 3-5 minut. Weterynarze rozkładali ręce i bez dokładnych badań odsyłali nas do domu z diagnozą- niedobór magnezu (tak, poważnie), stres. Niestety zalecana suplementacja nie przyniosła żadnych oczekiwanych efektów. Ataki były coraz częstsze, dłuższe, pies po każdym ataku był wyczerpany.

Byłam potwornie wściekła i bezradna na to wszystko, co się działo. W końcu na forum Cavalierowym trafiłam na informację o MVD. Wiedziałam, że ta rasa jest nią obciążona, tak samo jak innymi chorobami, ale nie zdawałam sobie sprawy jak ona się objawia. Jeszcze tego samego dnia znalazłam w Gdańsku najlepszego kardiologa i kilka dni później mieliśmy wizytę. Dr Dolistowska, która nas prowadzi do dziś, już po samym wywiadzie go zdiagnozowała, a jej diagnozę potwierdziło echo serca. Leczenie zostało wprowadzone natychmiastowo i jest na tyle skuteczne, że pies do dzisiaj nie miał żadnego ataku, który jak się potem okazało- był wynikiem niedotlenienia. Parametry wątrobowe i nerkowe są wzorowe do dziś mimo wdrożonych leków.

Niedawno byliśmy na kontroli serducha i zaniepokoiło mnie kilka rzeczy w jego zachowaniu. Pies miał bardzo dużo energii, często drapał pościele i dywaniki. Miał też problem z oddychaniem- bez żadnego wysiłku przez długi czas siedział najczęściej w chłodnych miejscach i oddychał powoli i płytko przez usta (dyszenie jest objawem bólu – dopisek Zdrowego Cavaliera). Podzieliłam się moimi wątpliwościami z naszą kardiolog- mamy się nie przejmować, ponieważ może faktycznie ma za dużo energii. Na oddychanie dostaliśmy Theospirex i podejrzenie raka płuc- do kontroli, jeśli Theospirex by nie pomógł.

Przepisany lek na oddychanie nie bardzo nam pomógł. Dzwoniłam do naszego weta, powiedziała, że będzie trzeba zrobić prześwietlenie płuc. Byliśmy już u niej następnego dnia, jednak z zupełnie innego powodu.

Podczas wieczornego spaceru zauważyłam, że Tusi ma problem z chodzeniem. Nie mógł wstać, widać było, że sprawia mu to ból. Na spacerze plątały mu się nogi, nie mógł utrzymać równowagi podczas załatwiania się. Na filmie pierwszy atak bólu.

Od razu po spacerze pojechaliśmy do naszego weta, który przyjmuje na drugim końcu Gdańska. 10 minut przed zamknięciem byliśmy w już w przychodni. Reakcji naszego lekarza nie zapomnę nigdy. Pani wyszła z gabinetu, spojrzała się na psa i pyta się mnie „ O matko, dlaczego on nie chodzi?”. Z jednej strony byłam lekko poirytowana, ponieważ to ja chciałam znać odpowiedź na to pytanie. Z drugiej strony byłam tak zdenerwowana, że było mi już wszystko jedno- chciałam tylko tego, by nie cierpiał.  Na filmie atak bólu u lekarza weterynarii. 

W gabinecie, po zbadaniu psa doktor powiedziała jednoznacznie- to dysk, trzeba zrobić rezonans i operować. Dostaliśmy namiary do Szpitala Krzemińskiego z informacją, że jutro musimy tam jechać. Do mnie w tym momencie nie docierało nic. Jaki dysk? Jaka operacja? Jaki szpital? Przecież przyjechałam tu, by wrócić ze zdrowym psem do domu. I wróciłam. Z wypisem i zastrzykiem przeciwbólowym.

Noc była nieprzespana- dla nas i psa. Tusi nie zmrużył oka, całą noc siedział i głośno oddychał. Widać było, że go boli, bardzo boli. O 7 zadzwoniłam do naszego osiedlowego, całodobowego lekarza- opisałam sytuację, przyjęli nas bez kolejki, od razu. Lekarz, który nas badał miałam wrażenie, że nie ma zielonego pojęcia od czego zacząć- badał go w ten sam sposób, co nasza dr wczoraj, potem zbadała go następna lekarka- po badaniu nikt nam nic nie mówił. Ale jak to? Aż tak źle?  Podejrzewanie padało na problem neurologiczny, kolejna osoba powiedziała nam, że to dyskopatia. Zrobiliśmy RTG- według niego pies był okazem zdrowia. Byliśmy załamani. Tusi cały czas się męczył, został założony mu cewnik, bo nie był w stanie sam się wypróżnić. Nawet nie czuł jak został mu wszyty do brzucha. Zostaliśmy umówieni jeszcze tego samego dnia do neurologa, który współpracuje z przychodnią. Była to nasza ostatnia nadzieja. W międzyczasie zaczęłam szukać pomocy na facebook’owej grupie.

Wróciliśmy do domu. Pies po przekroczeniu progu mieszkania nagle zaczął chodzić. Nie oddychał tak głośno i był spokojny. Zasnął. Byłam w szoku. Jeszcze dwie godziny wcześniej myślałam, że weterynarz nie da mu żadnych szans. A on walczy, cały czas. Wiedziałam, że to nie jest dysk, ani żadna choroba „przewlekła”. Nie przy takich objawach. Faktycznie, podczas chodzenia upadał i przechylał się na boki, dodatkowo ciągnął nogi za sobą. Ale cały czas nie dawało mi to spokoju. Poza tym nie widziałam już u niego później żadnych dolegliwości bólowych. Pojechaliśmy na wizytę do neurologa- wstępnie wykluczyła wypadnięcie dysku.

Następnego dnia byliśmy już w szpitalu na badaniu MRI. Spodziewałam się wszystkiego, najbardziej chciałam, żeby to był jednak ten zator, który według opinii naszej doktor „miał rozejść się po kościach”. Zobaczyłam zdjęcie MRI i zapytałam się lekarza „ To syringomyelia, prawda?”. Potwierdziła moje słowa. SM zaatakowała prawie cały kręgosłup, z małymi przerwami. Oprócz tego dopadła go również przepuklina jądra miażdżystego w dwóch miejscach, przepuklina móżdżku, płyn w puszce bębenkowej prawej, podejrzenie nowotworu i zator. Pytałam jakim cudem ten pies jeszcze żyje i był w stanie normalnie funkcjonować (dodajmy jeszcze do tego niewydolność serca!). Dowiedziałam się, że prawdopodobnie miał to przez całe swoje życie.

Z wynikiem pojechaliśmy prosto do Pani neurolog, która bardzo nas uspokoiła. Objawy na pewno nie były wynikiem wypadnięcia dysku. Jego objawy były wynikiem rozrośniętej jamistości, która zaczęła uciskać na nerwy. Nie wykluczyła też zatoru, ponieważ był on prawie w tym samym miejscu, co zwężenie.

Pies już chodził sprawnie, był w stanie się załatwiać. Jesteśmy w domu. Wygraliśmy.

Dziś wiem, że ta choroba nie była całkowicie bezobjawowa. Były objawy, ale tak mało charakterystyczne, że nie można było ich powiązać. Potencjalne ataki pseudopadaczkowe, które mogły być głównym objawem ustąpiły po podaniu leków kardiologicznych. Do dziś nie wiemy czy były one spowodowane niedotlenieniem czy objawem SM (Tusi w związku z MVD dostawał m.in. leki moczopędne – furosemid, który stosowany jest również w łagodzeniu objawów SM – dopisek Zdrowego Cavaliera). Jego drapanie się po uszach było związane z częstym zapaleniem, a płytkie oddychanie tłumaczyliśmy wysoką temperaturą w domu- u nas zawsze jest ponad 25 stopni, a ataki duszności ustępowały, gdy pies kładł się w chłodnym miejscu. Drapanie pościeli i dywanów? Nawet weterynarz to zbagatelizował. Był jeszcze problem z nadmiernym lizaniem łap i pyska- okazało się, że to alergia na kurczaka. Po jego odstawieniu nie widzieliśmy już tego problemu. Wszystkie filmy z atakami SM w żaden sposób nie przypominały tych, które miał Tusi. Byliśmy w kropce. Dziś przez to wszystko patrzę na każdy jego ruch, mimikę pyska z nadzieją na to, że ten horror się już nie powtórzy.

Na filmie Tusi 4 dni po ataku. 

Swoją historię spisali dla nas, ku przestrodze, Agnieszka i Tusi.

Zdrówka piesku! Obyś żył bez objawów i bólu jak najdłużej! Trzymamy za Was mocno kciuki!